Muszę pozwolić książce żyć własnym życiem – rozmowa z Radosławem Nowakowskim

Tomasz A. Kalita: Z wielu prób kategoryzacji Pana dzieł liberackich można wyróżnić z pewnością cykl Nieopisanie Świata, jako pewien projekt pisarski, decydujący o ich treści i formie. Każda z tych książek jest pewnego rodzaju paradoksem: z jednej strony są to eseje próbujące bezskutecznie opisać dany świat, z drugiej starają się go uksiążkowić (używając Pana określenia z Traktatu kartkograficznego, s.17), tzn., jak mi się wydaje, stworzyć lekturowy model rzeczywistości, w który zaangażowane jest również medium słowa, tj. książka. Co więcej, można powiedzieć, że większość Pana książek, nawet wspomniany Traktat, uchodzący za pierwszą książkę o liberaturze, wpisuje się w tę syzyfową pracę opisu świata nieopisywalnego. Stąd pytanie: na jakie trudności nie do przezwyciężenia natrafia Pan we własnej pracy literackiej?

Radosław Nowakowski: Wszystko, co do tej pory zrobiłem, jak też wszystko, co robię w tej chwili i wszystko, co jeszcze zrobię, nie jest takie jakie być powinno. Po części wynika to z tego, jak funkcjonuje moja wyobraźnia. Wygląda to tak, że do pracy nad książką zabieram się wtedy, kiedy stoi ona już gotowa na półce w bibliotece mojej głowy. I ja ją muszę z tej półki zdjąć, muszę ją wyjąć z głowy i postawić, już zmaterializowaną, na półce w mojej pracowni. To dosyć trudne, to proces subtelny i skomplikowany, albowiem z chwilą napisania pierwszego zdania książka zaczyna żyć własnym życiem i ja jej muszę na to pozwolić. Inaczej zemrze, sczeźnie przedwcześnie. Czasami ta wyobrażona książka ma się tak do tej już wydrukowanej i oprawionej, jak meduza unosząca się w świetlistych wodach oceanu do galarety zdychającej, ledwie zipiącej na gorącym piasku. Lecz nawet jeśli tak jest, to jednak ta trudność została w jakimś stopniu przezwyciężona, przynajmniej mamy namiastkę, przybliżenie. Jest to więc odpowiedź wymijająca… Być może zbliżam się do trudności znacznie większej, właśnie takiej nie do przezwyciężenia. Otóż, im więcej mam książek, a powstało ich już trzydzieści kilka, tym wyraźniejsze staje się przeświadczenie, że są one jakby puzzlami, kawałkami jakiejś układanki. Problem w tym, że nie wiem z ilu elementów ta układanka się składa, ani co układam.

T.A.K.: Jest Pan poliglotą, tłumaczem, a zarazem jednym z nielicznych pisarzy, którzy konsekwentnie tworzą także w „uniwersalnym języku”, jakim jest esperanto. Czemu wiele Pana książek jest zarazem zbiorem auto-tłumaczeń? Czy jest w tym jakiś cel artystyczny, czy tylko próba upowszechnienia Pana twórczości?

R.N.: I jedno i drugie. Raczej trudno oczekiwać, że świat zacznie się uczyć języka polskiego. Nie mam zresztą o to do świata pretensji. Tłumaczenie własnych tekstów jest zajęciem dosyć szczególnym. Mnóstwo dodatkowej roboty. Tak. Dlaczego więc nie zlecić tego komuś? Nie zlecam nie tylko dlatego, że mnie na to nie stać. Także i z tego powodu, że efektem mojej pracy jest nie tyle tłumaczenie, ile inna wersja językowa, która uwzględnia wszystkie problemy typograficzne, graficzne, edytorskie, kompozycyjne. Od dłuższego już czasu, pisząc w jakimś języku tekst do kolejnej książki (nie zawsze polski jest pierwszy), od razu myślę o innych jej wersjach. A zdarza się, że występujące w jednej książce różnojęzyczne teksty wcale nie są swoimi tłumaczeniami, lecz osobnymi wątkami, tak jak to jest w przypadku Ulicy Sienkiewicza. I tak zapewne będzie w książce, która właśnie powstaje; jej tytuł to Rzecz o plastiku. Ma ona traktować o tworzywach sztucznych, zatem obecność w niej języka sztucznego, czyli esperanto, będzie jak najbardziej celowa i te fragmenty nie będą tłumaczone.

T.A.K.: Czy Ulica Sienkiewicza jest liberackim strumieniem świadomości, inspirowanym Ulissesem Jamesa Joyce’a? Czy pisarstwo niepokornego Irlandczyka jest dla Pana inspiracją?

R.N.: Irlandię odwiedziłem dwadzieścia lat temu. Przyjechałem na festiwal książki artystycznej w Wexford. Oczywiście skorzystałem z okazji, żeby zobaczyć prastare piktogramy w New Grange, Księgę z Kells i zaglądnąć do James Joyce Centre. Tam największe wrażenie wywarł na mnie umieszczony chyba na ścianie, bo przecież mocno powiększony… albo to moja niesforna, selektywna pamięć tak go teraz powiększa i zniekształca, cytat – nie wiem już skąd zaczerpnięty – w którym Joyce ujawnia swoją fascynację tą księgą i wyraża nad nią swój zachwyt. Lecz nie jako dziełem sztuki – ale fenomenalną plątaniną. Oto poziom splątania, intensywności, zagęszczenia, jaki chciałby osiągnąć. I chyba nie tylko tekst miał na myśli, wszak słowa to tylko niewielka część tego, co kłębi się w głowie… Joyce to rzadki przykład twórczości rozwijającej się jakby po linii prostej. Kula rozpędzająca się po równi pochyłej. Każda kolejna książka jest wejściem na nowy poziom właśnie skomplikowania, intensywności, zagęszczenia, poplątania. Jak muzyka Johna Coltrane’a. Przyjmując, że Joyce w Finnegans Wake zintensyfikował, zagęścił, skomplikował i poplątał tekst w stopniu maksymalnym, jaki byłby następny poziom? Skoro dostatecznie spenetrował wnętrze wyrazu, to czy wszedłby do wnętrza litery?

Więcej o twórczości liberackiej Radosława Nowakowskiego na stronie: http://liberatorium.com/

Radosław Nowakowski – z wykształcenia architekt. Bębniarz zespołu OSJAN. Od lat 70. pisze, oprawia, i sam wydaje książki. Właściciel wydawnictwa LIBERATORIUM (kiedyś Ogon Słonia). Jego książki są zakupywane przez biblioteki, muzea oraz kolekcjonerów na całym świecie (http://liberatorium.com/info/info.html). Mieszka w Dąbrowie Dolnej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s